piątek, 6 czerwca 2014

Godzilla kontra Destruktor (Gojira VS Desutoroia) 1995 reż. Takao Okawara

   Dziś Godzilla kontra Destruktor. Do filmu, który zaraz zrecenzuję zawsze podchodziłem z nabożną czcią, gdyż jest on ostatnim z mojej ulubionej serii Heisei, a i chyba najwięcej w nim dramatyzmu i fajerwerków.


OPIS:

   W sercu Godzilli będącym reaktorem jądrowym dochodzi do "awarii", potwór zaczyna palić się od środka, co grozi zagładą całej Ziemi. Powraca też widmo destruktora tlenu, niszczycielskiego wynalazku dr Serizawy dzięki któremu w 1954 roku został zgładzony pierwszy Godzilla. Na skutek przypadku z laboratorium uciekają prehistoryczne mikroorganizmy i pod wpływem destruktora przechodzą mutację zamieniając się w kolejnego gigantycznego potwora.



   Teraz po latach, gdy oglądam to bardziej "na chłodno" widzę pewne niespójności fabuły. Ciężko się połapać skąd się biorą Destruktory, czy od stworzenia, które uciekło z laboratorium, czy już wcześniej gdzieś się zalęgły. Na domiar złego, oba dostępne tłumaczenia (Polsatu i TVP) są niedokładne, a to polsatowskie nawet strasznie koślawe. Poprawnością różnią się od siebie, niestety raz na korzyść, raz na niekorzyść. Nawet ja, chociaż uważam, że dobrze się odnajduję w tym uniwersum, miałem mały mętlik w głowie.


   A skoro jesteśmy przy narzekaniach, to... heh. W filmie tym zastosowano efekty komputerowe i o ile jeszcze dziesięć lat temu robiły na mnie wrażenie, o tyle teraz już krzywiłem się na ich widok, niestety zestarzały się nieciekawie. Podobnie z postaciami małych Destruktorów, których ruchy i działania wyszły dość sztucznie, ale pamiętajmy że były to kukły na linkach, a nie łatwo jest sterować tak ruchliwym cholerstwem, dodatkowo wyposażonym w chyba z tuzin odnóży.


   Zwykle nie pochylam się nad grą aktorską, ale tutaj postać studenta Yamane, którą dawniej lubiłem, teraz wydaje mi się niepoważna. Dzieciak jak sam przyznaje traktuję Godzillę hobbystycznie, a mimo to nie dysponując profesjonalnym sprzętem osiąga nieporównywalnie lepsze efekty w swoich badaniach niż sztab naukowców. Zresztą jego podejście do sprawy też jest dziecinne i to irytująco dziecinne w obliczu śmierci dziesiątków tysięcy ludzi. Podobnie z Miki (Megumi Odaka) którą zawsze darzyłem pewną sympatią, tutaj również dała mi w kość, bo niestety jej uwielbienie dla Juniora i Godzilli przekroczyło granice zdrowego rozsądku. Bo i można lubić potwory w jakiś sposób, ale w momencie, gdy wokół giną ludzie, wzdychanie nad losem biednych monstrum jest jakoś nie na miejscu. Podobnie jak protesty przeciwko poświęceniu życia, któregoś z potworów dla... (uwaga!) ratowania całej Ziemi przed zagładą.


   Pytanie rodzi się też w przypadku Super X III, na jego przykładzie widać niekompetencję władz: czemu wysłano go do walki tak późno? W każdym razie kiedy już rusza do akcji, to można nim nacieszyć oczy. A skoro jesteśmy przy wojsku, to łezka mi się w oku kręci, bo to ostatni raz kiedy można podziwiać w walce cudowne masery charakterystyczne dla tej serii (w serii Millenium też niby się pojawiają, ale to już nie to samo). A scen walk wojska z potworami twórcy nie poskąpili.


   Na plus zaliczam liczne odniesienia do filmu z 1954 roku, biorąc pod uwagę, że miała to być ostatnia produkcja o Godzilli, to zrobili ładną klamrę spinającą całość.

   Monumentalne scenografie robią niesamowite wrażenie, chociaż nie jest to chyba film zrobiony z największym rozmachem. Prócz rozwałki w terenach zabudowanych mamy jeszcze kilka prześlicznych scen "morskich". A całość z przepiękną muzyką Ifukube, nie wyobrażam sobie by na ostatni film o Godzilli można skorzystać z pracy innego kompozytora. Szczególnie w pamięć zapada motyw z Super X III.


      Swoją drogą Destruktor okazał się naprawdę rewelacyjnym potworem, tym bardziej biorąc pod uwagę mnogość jego form. Trochę szkoda, że nie mogliśmy w tej serii zobaczyć Bagana, ale Destruktor to godny zastępca. Jak na ostatniego przeciwnika i ostatnią walkę, rewelacja.


   Pojedynki potworów naprawdę niesamowite i pełne dramatyzmu, szczególnie finałowa walka. Aż można nawet uronić łezkę raz czy dwa. Naprawdę piękne, choć smutne zakończenie serii.



   Polecam gorąco.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz