czwartek, 10 października 2013

Q 1982 reż. Larry Cohen

   Tym razem coś specjalnego :)

   W Nowym Jorku (a właściwie nad nim) pojawia się latający potwór porywający i pożerający ludzi. Policja próbuje go znaleźć i zlikwidować. Pomóc im może pewien nikczemny typ - przestępca nieudacznik z zaburzeniami psychiki.

   Tak to mniej więcej wygląda. Proste jak konstrukcja cepa, nieprawdaż? Też tak myślałem na początku, mimo to później twórcy dali radę mnie kilkakrotnie zaskoczyć, nadrabiając tym samym żałosny obraz całości.

   Na samym początku spodobała mi się muzyka - taki typowy kicz z monster movies, ale dająca niezły klimat i budząca... sentyment? Gdyby jednak komuś się nie podobała, można nacieszyć oczy pięknymi widokami miasta z powietrza. O tak, zaczyna się nieźle.

   I tak jak szybko pojawia się pierwsze dobre wrażenie, tak szybko i mija. Na atak potwora nie musimy czekać długo (chociaż kiedy następuje, jest to jeszcze niewyjaśnione) - jego efektem są okaleczone zwłoki z tryskającą sztucznie czerwoną farbą. Chciałbym powiedzieć, że  na tamte czasy to wystarcza, ale nie, aż tak nie można naciągać faktów. Tym samym już na dzień dobry, dostajemy jasny sygnał, że mamy tu do czynienia z kinem klasy B.

   Jeśli jesteśmy już przy efektach specjalnych, charakteryzacji, rekwizytach itd. (a mam tu na myśli: krew, flaki, kończyny i inne sympatyczności), to muszę powiedzieć, że momentami twórcy mogli sobie darować ich wykorzystanie, zostawiając wyjaśnienia pewnych zdarzeń domyślności widza, ratując tym samym nastrój grozy. Wszelkich ohydności jest po prostu za dużo, przy czym niestety głównie śmieszą i żenują.

   Na plus policzyć mogę, że akcja rozgrywa się w miarę szybko i na nudę nie ma miejsca. Niestety marna gra aktorska i wspomniane efekty szybko niweczą tę niewielką przewagę jaką zapewnia filmowi fabuła.

   Po pierwszym pojawieniu się potwora (w zasadzie jego fragmentów) byłem zawiedziony, a potem miało być jeszcze gorzej. W porównaniu ze smokiem z Pogromcy smoków, mamy tu jakiegoś totalnego gniota na miarę Zmierzchu tytanów (ten sam rok produkcji) czy Doliny Gwangi (1961). Rozumiecie o co mi chodzi? Amerykanie sprzed ery animacji komputerowych na ogół nie potrafili robić tego typu filmów, bądź nie mieli wystarczających budżetów.

   Tu macie trochę zdjęć (pod nimi dalsza część recenzji):








   Oglądając ten film momentami przychodził mi na myśl Wielki szpon z 1957 roku, niemal równie kiczowaty potwór i pożal się boże tricki filmowe.




   Gra aktorska jest słaba, powiedziałbym nawet: tania. Jak zresztą niemal cały ten film. Odtwarzający rolę głównego bohatera Michael Moriarty w zasadzie uwala całość. Przepraszam za dosadne słownictwo, ale sprawia wrażenie nie tylko nieudacznika, a bardziej opóźnionego w rozwoju frajera, który potrafi jedynie irytować ludzi wokół siebie. Jestem nawet skłonny powiedzieć, że facet zepsuł mi całość. Wiem że taka miała być w dużej mierze jego postać, ale przesadził, czy też twórcy przesadzili. Bez niego może by to jeszcze jakoś było... Niestety David Carradine i Richard Roundtree chociaż grali świetnie i bardzo się starali, to nie dali rady tego naprostować.

   Jak już jedziemy po wszystkim to jeszcze napomknąć należy o montażu - nie należy do najgorszych, ale co jakiś czas gwałtownie przerzuca nas z miejsca na miejsca, wprowadzając lekki chaos. Da się to jednak przełknąć.

   Końcówka jest trochę naiwna i jakby nieprzemyślana, ale przyznam że nawet potwór zaczął mi się podobać. Gdyby tylko nie ten chamski efekt reprojektora...

   Podsumowując: ten film zasługuje na remake! Z takim scenariuszem, to mogło być prawdziwe cacuszko. Mało tego, mam nieodparte wrażenie, że powinienem do niego wrócić w przyszłości.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza