sobota, 26 października 2013

Motra (Mosura) 1961 reż. Ishiro Honda

   Myślałem że w temacie kaiju jestem blogową samotną wyspą (w Polsce rzecz jasna), aż tu nagle natknąłem się dziś na tego bloga:

Herbata pochłaniająca rzeczywistość

   I widzę, że chociaż kolega dopiero zaczął przygodę z wielkimi potworami, to już zdążył mnie przegonić w recenzjach. No cóż, ambicja nie pozwalała mi pozostawać w tyle, więc na chwilę dałem sobie spokój z westernami, kinem węgierskim i rozmaitościami, by wziąć się za Mothrę.



   Muzyka Yuji Koseki, która daje się słyszeć przy napisach początkowych wyjątkowo nie przypadła mi do gustu. Niestety utworów Akiry Ifukube nie da się zamienić (dopiero w latach 80' pewnemu kompozytorowi się uda). Jednak sprawa nie jest beznadziejna, nieco później pojawia się znany motyw, charakterystyczny dla Mothry i on jest już całkiem znośny.


   Film zaczyna się od tajfunu i statku, który tonie w jego rejonie, żeby było ciekawie w pobliżu znajduje się poligon atomowy. Dalszy rozwój akcji przypomina nam o mocnej fascynacji promieniowaniem radioaktywnym, wśród twórców sci-fi w latach 50' i 60'. Niestety gdzieś ginie już ta wyraźna przestroga z pierwszego Godzilli. Niewłaściwe użycie atomu zamiast przerażać, budzi ciekawość.



   Gra aktorska jest niestety na bardzo niskim poziomie, dialogi również nie porywają. Jakby tego było mało akcja posuwa się do przodu powoli i jest raczej nużąca. Niestety zagadka, którą zafundowali scenarzyści jakoś mnie nie zainteresowała. Wyspa, testy atomowe, tajemniczy tubylcy i ich sok, który chroni przed promieniowaniem. Co za pierdoły... Jest trochę wstawek humorystycznych, jak dla mnie żenujących i niepotrzebnych (zupełnie jak w King Kong kontra Godzilla).

   Na pierwszym planie są postacie naukowców, dziennikarzy i polityków, zupełnie jak w poprzednich filmach wytwórni Toho. Można odnieść wrażenie, że to najciekawsze zawody lat 50' i 60'. Wojskowym pozostało jeszcze poczekać na swoje 5 minut.

   Dwie postacie zapadają w pamięć: natrętny i gapowaty, ale sympatyczny dziennikarz "Bulldog"oraz czarny charakter Clark Nelson.



   Ekspedycja na wyspie Infant ma pewien klimat. Robi się coś w stylu Indiany Jonesa. Niestety pojawienie się kosmosek psuje wszystko. Te dwie małe panienki zawsze potrafiły zepsuć mi film, czyniąc go jeszcze bardziej infantylnym niż był w rzeczywistości (za wyjątkiem Godzilla kontra Mothra z 1992 roku, który jest naprawdę niezły - choć bez kosmosek byłby rewelacyjny), podobnie jak nie przepadam za samą Mothrą w postaci dorosłego osobnika. Tu jednak kosmoski nie dość, że są niedopracowane technicznie to do tego jeszcze zupełnie bezmózgie i naiwne. Po prostu ręce opadają.

   Raz jeszcze możemy podziwiać czarnych Japończyków, wyglądają jakby ich kto pastą do butów nasmarował... (jeden z tubylców przy tym nawet jest blondynem).



   Można się nawet wciągnąć w fabułę, ale przy głębszym zastanowieniu większość z nas dojdzie do wniosku, że pomysł na wielką ćmę, przyfruwającą do Japonii, by odbić porwane skrzaty wydaje się po prostu głupi. To fajny koncept na baśń, ale nie film sci-fi (więc mogli sobie darować wszystkie wstawki poświęcone energii atomowej).

   Jedną z drugoplanowych ról ma tu dzieciak, co jest dla mnie wielce niepoważne, a nawet źle już wróży kolejnym odsłonom filmów z wytwórni Toho. Któż wtedy mógł przeczuwać, że będą wkrótce adresowane głównie do dzieci...

   Kiedy pojawia się w końcu potwór (jako larwa płynąca przez ocean) zaczyna się robić ciekawie. Scena staranowania statku ma swój urok.


   Jeśli ktoś jest miłośnikiem filmów o wielkich potworach, to warto zapamiętywać sceny z pierwszych filmów: powtarzają się niemal dokładnie w następnych latach.

   Film jest za długi. Początek można by skrócić do dziesięciu minut i zostawić samą rozpierduchę z Mothrą i wojskiem.

   W gruncie rzeczy makiety, modele i efekty specjalne są naprawdę super. Przy scenach walk wojska z potworem niestety brakuje porywającej muzyki Ifukube, to co jest nie może zadowolić. Poza tym na ogół wszystko prezentuje się dobrze i zachęcająco. Mało tego, jak na początek lat 60' jest rewelacja. Niestety parę zgrzytów się pojawia. W jednym ujęciu z czołgami, stoją obok nich... plastikowe żołnierzyki, do tego nieproporcjonalnie małe wobec tychże czołgów. Można było to sobie po prostu darować. Dalej, co jakiś czas chamsko widać zastosowanie reprojektora, przy którym łączone obrazy są strasznie sztuczne. A kiedy jeden z mężczyzn złapał kosmoski w ręce, widać było że to lalki... Momentami też budynki rozpadają się w sposób tak nienaturalny, że nie można na to przymknąć oka. Podobnie jak scena z fruwającymi nad ulicą samochodami. To też chyba pierwszy film, w którym pojawiły się masery. Wrzucam kilka screenów (kliknij aby powiększyć):


  






   Końcówka jest niestety rozwiązana na siłę, wszystko zdaje się być robione na siłę i pod presją czasu. Efekt jest zupełnie nie przekonywujący. Polecam ze względu na scenografię i modele.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza