Dzisiaj taka ciekawostka, którą zapodał mi ojciec. Mało o tym filmie informacji, ale ogólnie rzecz biorąc to takie fantasy z samurajami i baśniowymi potworami. Film wyprodukowała wytwórnia Toei, ale polecam odpalić poniższy link i uważnie się wsłuchać, może coś wyda Wam się znajome :D
Magic Serpent - 1966
A to Ci ciekawostka, nie? :D
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1966. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1966. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 27 kwietnia 2015
poniedziałek, 21 kwietnia 2014
Pojedynek potworów (Furankenshutain no kaijû: Sanda tai Gaira) 1966 reż. Ishiro Honda
Po Pojedynku potworów nie spodziewałem się wiele, traktując ten film jako kolejną nędzną wariacje na temat ogromnych humanoidów. A tu zaskoczenie :)
OPIS:
Wielki potwór zatapia na morzu statek i pożera jego załogę. Zostaje on skojarzony z uciekłym niedawno z laboratorium stworzeniem zwanym gargantua. Ataki się powtarzają, lecz ślady potwora pojawiają się w odległych od siebie miejscach. Naukowcy zaczynają się domyślać, że potwory muszą być dwa.
Dobrego złe początki
Początek jest nieco kiczowaty i zalatuje tanim kinem grozy, ale może dla tego już pierwsze sceny wzbudziły moje pozytywne odczucia. Bo czyż wielki małpolud (?) wyłaniający się z morza w czasie sztormu i podejmujący walkę z gigantyczną ośmiornicą nie jest czymś co od razu wzbudza zainteresowanie? Druga sprawa, że kostium tego humanoidalnego (dalej zwany Gairą) pokrytego zieloną sierścią robi negatywne wrażenie. A chwilę później ganianie wyratowanych przez siebie ludzi również nie wygląda najlepiej.
Czyli co? Mamy kiepski, choć interesujący początek i cały film przed nami.
Miłą odmianą w tym filmie jest obsada. Głównych bohaterów, dr Paula Stewarta gra Russ Tamblyn, a jego asystentkę Akemi Kumi Mizuno. Ich postacie są może nieco naiwne, ale przedstawione całkiem nieźle. Swoją drogą śliczna Mizuno okazała się całkiem niezłym kontrastem dla paskudnych pysków potworów i zdecydowanie miała przyciągnąć męską część widowni przed ekrany, bo w zasadzie tylko ona każdorazowo wybija się z tłumu dzięki swojej urodzie i kolorowych ubraniach. No... i może Stewart, ale to dlatego, że nie jest Azjatą. I choć raz jeszcze mamy duet naukowców, to tym razem wypada on przystępnie ze względu na swoich odtwórców.
Groźniej niż zwykle
Klimat tego filmu jest inny niż zwykle. Przywykliśmy w japońskim kinie do tego, że potwory zabijają ludzi, ale zwykle tego nie widać, po prostu rozwalają miasto, a my wiemy, że wtedy giną mieszkańcy. Czasem trafi się grupa uciekinierów przydeptanych przez bestię, ale to wszystko. Pojedynek potworów zapewnia nam przejście na wyższy level, bo potwór Gaira zjada ludzi, co jest nawet pokazane. Wiem że teraz nikogo to już nie przestraszy, ale myślę że z pięćdziesiąt lat temu, film ten najbardziej chyba podchodził pod kryteria horroru, a przecież tak wtedy wiele z tych produkcji określano. Dodatkowo dwa wielkie humanoidy działają na wyobraźnię nieco mocniej, niż o bardziej abstrakcyjna przerośnięta jaszczurka (wybacz Godzillo).
Do koszmarnych kostiumów potworów można się szybko przyzwyczaić, po jakiejś pół godzinie nabierają nawet uroku. W ogóle technicznie to całkiem dobry film. W przeciwieństwie do wspomnianego wyżej Frankensteina kontra Baragona, tutaj wszelkie triki wyszły całkiem zgrabnie. Nie widać chamskich prześwitów przez obraz rzucany z reprojektora, a potwory zachowują proporcje w ujęciach z różnych perspektyw. Makiety i modele wyszły świetnie. Jest chyba kilka ujęć znanych nam z innych filmów (przejazd maserów), ale komponują się w tym filmie idealnie, tym bardziej że pojawiło się też sporo nowych.
Scena walki wojska z potworami wyszła całkiem zachęcająco i raz jeszcze, jak prawie nigdy, armia dała sobie radę z zagrożeniem (Gaira zostałby już właściwie zgładzony, gdyby nie interwencja Sandy), a nie tylko ograniczyła się do nic nie znaczącego strzelania. Dziwił mnie trochę brak myśliwców, nie mam na to sensownego wytłumaczenia. A walka potworów? Trochę przydługa i w tych kostiumach niezbyt atrakcyjna, ale pozbawiona durnowatych, dziecięcych zachować (jak w Godzillach), więc oceniam na plus.
Całości towarzyszy muzyka Ifukube. To dobre utwory, ale bez takiego "powera" jak w niektórych innych filmach.
Pojedynek potworów jest całkiem porządnie zrobiony i warto go obejrzeć.
OPIS:
Wielki potwór zatapia na morzu statek i pożera jego załogę. Zostaje on skojarzony z uciekłym niedawno z laboratorium stworzeniem zwanym gargantua. Ataki się powtarzają, lecz ślady potwora pojawiają się w odległych od siebie miejscach. Naukowcy zaczynają się domyślać, że potwory muszą być dwa.
Dobrego złe początki
Początek jest nieco kiczowaty i zalatuje tanim kinem grozy, ale może dla tego już pierwsze sceny wzbudziły moje pozytywne odczucia. Bo czyż wielki małpolud (?) wyłaniający się z morza w czasie sztormu i podejmujący walkę z gigantyczną ośmiornicą nie jest czymś co od razu wzbudza zainteresowanie? Druga sprawa, że kostium tego humanoidalnego (dalej zwany Gairą) pokrytego zieloną sierścią robi negatywne wrażenie. A chwilę później ganianie wyratowanych przez siebie ludzi również nie wygląda najlepiej.
Czyli co? Mamy kiepski, choć interesujący początek i cały film przed nami.
Miłą odmianą w tym filmie jest obsada. Głównych bohaterów, dr Paula Stewarta gra Russ Tamblyn, a jego asystentkę Akemi Kumi Mizuno. Ich postacie są może nieco naiwne, ale przedstawione całkiem nieźle. Swoją drogą śliczna Mizuno okazała się całkiem niezłym kontrastem dla paskudnych pysków potworów i zdecydowanie miała przyciągnąć męską część widowni przed ekrany, bo w zasadzie tylko ona każdorazowo wybija się z tłumu dzięki swojej urodzie i kolorowych ubraniach. No... i może Stewart, ale to dlatego, że nie jest Azjatą. I choć raz jeszcze mamy duet naukowców, to tym razem wypada on przystępnie ze względu na swoich odtwórców.
Klimat tego filmu jest inny niż zwykle. Przywykliśmy w japońskim kinie do tego, że potwory zabijają ludzi, ale zwykle tego nie widać, po prostu rozwalają miasto, a my wiemy, że wtedy giną mieszkańcy. Czasem trafi się grupa uciekinierów przydeptanych przez bestię, ale to wszystko. Pojedynek potworów zapewnia nam przejście na wyższy level, bo potwór Gaira zjada ludzi, co jest nawet pokazane. Wiem że teraz nikogo to już nie przestraszy, ale myślę że z pięćdziesiąt lat temu, film ten najbardziej chyba podchodził pod kryteria horroru, a przecież tak wtedy wiele z tych produkcji określano. Dodatkowo dwa wielkie humanoidy działają na wyobraźnię nieco mocniej, niż o bardziej abstrakcyjna przerośnięta jaszczurka (wybacz Godzillo).
Akcja zasuwa do przodu całkiem żwawo, są zwroty akcji, nie ma jakichś specjalnych błędów logicznych. Ot, wszystko dobrze się układa. To ciekawe też, że potwory tak blisko ze sobą związane, są swoimi przeciwieństwami. Ludzkie zachowania Sandy nadają historii głębszego sensu, nie ograniczając filmu do kolejnego giant monster movies z fajerwerkami.
Do koszmarnych kostiumów potworów można się szybko przyzwyczaić, po jakiejś pół godzinie nabierają nawet uroku. W ogóle technicznie to całkiem dobry film. W przeciwieństwie do wspomnianego wyżej Frankensteina kontra Baragona, tutaj wszelkie triki wyszły całkiem zgrabnie. Nie widać chamskich prześwitów przez obraz rzucany z reprojektora, a potwory zachowują proporcje w ujęciach z różnych perspektyw. Makiety i modele wyszły świetnie. Jest chyba kilka ujęć znanych nam z innych filmów (przejazd maserów), ale komponują się w tym filmie idealnie, tym bardziej że pojawiło się też sporo nowych.
Scena walki wojska z potworami wyszła całkiem zachęcająco i raz jeszcze, jak prawie nigdy, armia dała sobie radę z zagrożeniem (Gaira zostałby już właściwie zgładzony, gdyby nie interwencja Sandy), a nie tylko ograniczyła się do nic nie znaczącego strzelania. Dziwił mnie trochę brak myśliwców, nie mam na to sensownego wytłumaczenia. A walka potworów? Trochę przydługa i w tych kostiumach niezbyt atrakcyjna, ale pozbawiona durnowatych, dziecięcych zachować (jak w Godzillach), więc oceniam na plus.
Całości towarzyszy muzyka Ifukube. To dobre utwory, ale bez takiego "powera" jak w niektórych innych filmach.
Pojedynek potworów jest całkiem porządnie zrobiony i warto go obejrzeć.
Etykiety:
1966,
gaira,
gargantua,
Haruo Nakajima,
ifukube,
ishiro honda,
Japonia,
kumi mizuno,
pojedynek potworów,
recenzja,
russ tamblyn,
sanda,
walka potworów,
war of the gargantuas
wtorek, 7 stycznia 2014
Ebirah - potwór z głębin (Gojira, Ebirâ, Mosura: Nankai no daiketto) 1966 reż. Jun Fukuda
Po dłuższej przerwie od wielkich potworów (przemierzałem Dziki Zachód) wracam z recenzją Ebiraha. Podszedłem do tego filmu ze sporym entuzjazmem ze względu na tytułowego potwora, który po swoim debiucie w 1966 roku, na powrót do kin czekać musiał aż trzydzieści osiem lat (Godzilla: Ostatnia wojna). A przecież to jedno z ciekawszych i bardziej dopracowanych monstrów serii Showa.
Historia zaczyna się od chłopaka, który postanawia wypłynąć na Pacyfik w poszukiwaniu swojego zaginionego brata. W swoją eskapadę włącza kolegów i przypadkowo spotkanego mężczyznę, któremu porywa jacht, a który sam okazuje się złodziejem-uciekinierem. Po długim rejsie trafiają na tajemniczą wyspę z bazą wojskową, której strzeże ogromny homar.
Brzmi głupio? Raczej, ale po pierwsze to nie film dla dorosłych, a po drugie Ebirah to naprawdę całkiem udany potwór, szczególnie w porównaniu do Godzilli. Nie dowiadujemy się o nim nic poza tym, że sieje postrach na wodach wokół wyspy i unika soku z lokalnych owoców. Tajemnicą pozostaje również okryta baza wojskowa. Jest to całkiem ciekawy i intrygujący pomysł, piękny w swej prostocie i pobudzający wyobraźnie widzów.
Zanim bardziej rozpisze się o potworach, skupię się jeszcze na wątku ludzi. Bohaterami jak pisałem jest grupa chłopaków i uciekający złodziej, potem dołącza do nich atrakcyjna wyspiarka zbiegła z transportu niewolników. Taka młoda (lecz nie dziecięca) obsada to moim zdaniem ukłon w stronę nastoletnich widzów, o których przy coraz bardziej infantylnym poziomie postanowiła zawalczyć wytwórnia Toho. Dlatego też tym razem nie towarzyszą nam genialne utwory A. Ifukube, a jakieś gitarowe plumkanie bardziej pasujące do hawajskiej plaży lat 60' pełnej surferów niż filmu sci-fi o potworach. Niestety psuje to wiele klimatycznych i pełnych dramatyzmu scen. Mnie nie przypadły wszystkie te zabiegi do gustu, a jak było pięćdziesiąt lat temu nie wiem. W każdym razie twórcy nie posunęli się z tym kombinowaniem za bardzo, bo chociaż mamy nowy typ bohaterów, to miejsce akcji pozostaje sprawdzone - egzotyczna wyspa.
Zostając jeszcze przy ludziach. Relacje między bohaterami są nawet interesujące, chociaż ich poczynania nie do końca sensowne. Rozbitkowie postanawiają najpierw szpiegować, a potem walczyć z wojskowymi urzędującymi na wyspie chociaż... nie wiedząc nawet kim są i co tak na dobrą sprawę tam robią. Jest to naciągany, ale znany motyw filmowy, przecież nie raz rezolutne dzieciaki ratowały świat. Żeby było ciekawie kłócą się miedzy sobą, dyskutują, wpadają w tarapaty, lecz mimo wszystko współpracują i nie zostawiają się w potrzebie. I choć jak zawsze nie mamy tu do czynienia z dobrym aktorstwem, to co z tego skoro to film dla małolatów ;)
Prócz Godzilli i Ebiraha w filmie pojawiają się jeszcze dwa potwory: tajemniczy ptak który atakuje Godzillę i natychmiast ginie, a także Mothra. Ćma nie bierze większego udziału w burzliwych wydarzeniach i jej rola jest zupełnie od czapy. Mogli sobie ją darować, albo chociaż dać jej coś do roboty. A tak, jest bo jest.
Sceny walk czy to potworów ze sobą czy też samolotów bojowych z Godzillą wypadają słabo. Jeśli chodzi o te pierwsze to znowu powraca (znany nam ze starszych filmów) motyw piłki ręcznej - bestie odbijają między sobą wielki głaz niczym piłkę plażową. Na domiar złego ten wielki głaz jest czarną, wyskrobaną na taśmie filmowej plamą. Wygląda to strasznie kiczowato, lecz prócz głazu w ten sposób są ukazane również spadające samoloty po walce z Godzillą. Żeby oddać im honor: wcześniej prezentują się całkiem nieźle, chociaż bez przesady, gdyż z ich wahań w czasie lotu można wywnioskować, że zbliżają się na niewidocznych żyłkach.
Pomijając słabe aktorstwo i pewne głupie działania bohaterów, akcja posuwa się do przodu całkiem żwawo nie dając czasu na nudę. Ogólny koncept fabuły jest skonstruowany całkiem sensownie, tracąc dopiero na szczegółach. Ogląda się przyjemnie i można się uśmiechnąć parę razy. Dużym plusem jest brak humoru niskich lotów, owszem pada parę dowcipów czy zdarza się kilka gagów, ale wszystko z umiarem.
Koniec końców nie dowiadujemy się kim byli tajemniczy wojskowi i po co im była bomba atomowa (dzieciaki szybko włamały się i odkryły przeznaczenie bazy). Co ciekawe też, okazuje się że Godzilla stał się jawnym przyjacielem ludzkości, a przynajmniej tej jej poczciwej części, która nie majsterkuje przy środkach masowego rażenia.
To bardzo nierówny film. Momentalnie może zadowolić dorosłych (z przymrużeniem oka), a chwilę potem nadaje się by pokazać go przedszkolakom zamiast Teletubisiów (czy jak tam się te kolorowe ciule zwą). I chociaż jestem bardzo zawiedziony, to jednak polecam, choćby dla tych kilku, kilkunastu dobrych, zapadających w pamięć ujęć i ogólnej dobrej koncepcji.
Historia zaczyna się od chłopaka, który postanawia wypłynąć na Pacyfik w poszukiwaniu swojego zaginionego brata. W swoją eskapadę włącza kolegów i przypadkowo spotkanego mężczyznę, któremu porywa jacht, a który sam okazuje się złodziejem-uciekinierem. Po długim rejsie trafiają na tajemniczą wyspę z bazą wojskową, której strzeże ogromny homar.
Brzmi głupio? Raczej, ale po pierwsze to nie film dla dorosłych, a po drugie Ebirah to naprawdę całkiem udany potwór, szczególnie w porównaniu do Godzilli. Nie dowiadujemy się o nim nic poza tym, że sieje postrach na wodach wokół wyspy i unika soku z lokalnych owoców. Tajemnicą pozostaje również okryta baza wojskowa. Jest to całkiem ciekawy i intrygujący pomysł, piękny w swej prostocie i pobudzający wyobraźnie widzów.
Zanim bardziej rozpisze się o potworach, skupię się jeszcze na wątku ludzi. Bohaterami jak pisałem jest grupa chłopaków i uciekający złodziej, potem dołącza do nich atrakcyjna wyspiarka zbiegła z transportu niewolników. Taka młoda (lecz nie dziecięca) obsada to moim zdaniem ukłon w stronę nastoletnich widzów, o których przy coraz bardziej infantylnym poziomie postanowiła zawalczyć wytwórnia Toho. Dlatego też tym razem nie towarzyszą nam genialne utwory A. Ifukube, a jakieś gitarowe plumkanie bardziej pasujące do hawajskiej plaży lat 60' pełnej surferów niż filmu sci-fi o potworach. Niestety psuje to wiele klimatycznych i pełnych dramatyzmu scen. Mnie nie przypadły wszystkie te zabiegi do gustu, a jak było pięćdziesiąt lat temu nie wiem. W każdym razie twórcy nie posunęli się z tym kombinowaniem za bardzo, bo chociaż mamy nowy typ bohaterów, to miejsce akcji pozostaje sprawdzone - egzotyczna wyspa.
Zostając jeszcze przy ludziach. Relacje między bohaterami są nawet interesujące, chociaż ich poczynania nie do końca sensowne. Rozbitkowie postanawiają najpierw szpiegować, a potem walczyć z wojskowymi urzędującymi na wyspie chociaż... nie wiedząc nawet kim są i co tak na dobrą sprawę tam robią. Jest to naciągany, ale znany motyw filmowy, przecież nie raz rezolutne dzieciaki ratowały świat. Żeby było ciekawie kłócą się miedzy sobą, dyskutują, wpadają w tarapaty, lecz mimo wszystko współpracują i nie zostawiają się w potrzebie. I choć jak zawsze nie mamy tu do czynienia z dobrym aktorstwem, to co z tego skoro to film dla małolatów ;)
Tym na co zwróciłem szczególną uwagę były piękne zdjęcia. Scena rejsu wręcz mnie urzekła. Część na wyspie nie robi już takiego wrażenia. Scenografie i wykorzystane plenery są znośne, a makiety nie odbiegają od dotychczasowego poziomu. Co się zaś tyczy efektów specjalnych i pewnych trików, to twórcy z początku uniknęli co bardziej kompromitujących posunięć, jak na przykład (moje ukochane) żołnierzyki na podstawkach, malowani na czarno Azjaci, czy nadmiar ujęć z wykorzystaniem reprojektora. Piszę z początku, bo gdzieś w połowie wszystko zaczyna się psuć, gdy pojawia się Godzilla w tak koszmarnym kostiumie, że wygląda jak małpa w worku na śmieci. Jego choreografia przy tym nie odbiega od przyjętych w poprzednich latach standardów - podryguje, macha łapami, skacze, uprawia sport (o czym zaraz), a nawet przeżywa przelotną miłość do osobniczki innego gatunku. Dla kontrastu, jak już wyżej wspominałem, Ebirah wygląda i zachowuje się rewelacyjnie jak na prawdziwego kaiju przystało.
Godzilla pojawia się w sumie znikąd. On po prostu jest na tej wyspie tylko, że... śpi. Cóż takie wprowadzenie bohatera to pójście na łatwiznę, ale można je wybaczyć. Nie do zaakceptowania za to jest numer z przebudzeniem potwora. Na ten pomysł wpadają rzecz jasna nasi krzepcy młodzieńcy i choć już sama idea wybudzania chodzącej bomby atomowej wydaje się szalona, to jeszcze bardziej kuriozalny okazuje się sposób przeprowadzenia operacji - robią to za pomocą piorunochronu z miecza i milimetrowej szerokości drutu, którego koniec podczepiają do oka bestii. Plan oczywiście wypala, tyle że by dodać mu realizmu, dopiero po trzech dniach czekania.
Prócz Godzilli i Ebiraha w filmie pojawiają się jeszcze dwa potwory: tajemniczy ptak który atakuje Godzillę i natychmiast ginie, a także Mothra. Ćma nie bierze większego udziału w burzliwych wydarzeniach i jej rola jest zupełnie od czapy. Mogli sobie ją darować, albo chociaż dać jej coś do roboty. A tak, jest bo jest.
Sceny walk czy to potworów ze sobą czy też samolotów bojowych z Godzillą wypadają słabo. Jeśli chodzi o te pierwsze to znowu powraca (znany nam ze starszych filmów) motyw piłki ręcznej - bestie odbijają między sobą wielki głaz niczym piłkę plażową. Na domiar złego ten wielki głaz jest czarną, wyskrobaną na taśmie filmowej plamą. Wygląda to strasznie kiczowato, lecz prócz głazu w ten sposób są ukazane również spadające samoloty po walce z Godzillą. Żeby oddać im honor: wcześniej prezentują się całkiem nieźle, chociaż bez przesady, gdyż z ich wahań w czasie lotu można wywnioskować, że zbliżają się na niewidocznych żyłkach.
Pomijając słabe aktorstwo i pewne głupie działania bohaterów, akcja posuwa się do przodu całkiem żwawo nie dając czasu na nudę. Ogólny koncept fabuły jest skonstruowany całkiem sensownie, tracąc dopiero na szczegółach. Ogląda się przyjemnie i można się uśmiechnąć parę razy. Dużym plusem jest brak humoru niskich lotów, owszem pada parę dowcipów czy zdarza się kilka gagów, ale wszystko z umiarem.
Koniec końców nie dowiadujemy się kim byli tajemniczy wojskowi i po co im była bomba atomowa (dzieciaki szybko włamały się i odkryły przeznaczenie bazy). Co ciekawe też, okazuje się że Godzilla stał się jawnym przyjacielem ludzkości, a przynajmniej tej jej poczciwej części, która nie majsterkuje przy środkach masowego rażenia.
To bardzo nierówny film. Momentalnie może zadowolić dorosłych (z przymrużeniem oka), a chwilę potem nadaje się by pokazać go przedszkolakom zamiast Teletubisiów (czy jak tam się te kolorowe ciule zwą). I chociaż jestem bardzo zawiedziony, to jednak polecam, choćby dla tych kilku, kilkunastu dobrych, zapadających w pamięć ujęć i ogólnej dobrej koncepcji.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















