wtorek, 3 września 2013

Godzilla kontratakuje (Gojira no gyakushû) 1955 reż. Motoyoshi Oda

   Po sukcesie pierwszego Godzilli, już rok później wytwórnia Toho pokusiła się o kontynuację. Niestety miało być tak pięknie, a wyszło... no właśnie.

UWAGA, BĘDĘ SPOJLEROWAŁ

   Już pierwsze minuty pokazują, że film ten nie będzie lepszy od poprzedniego, a raczej nawet mu nie dorówna. Mamy powieloną historię, tym razem tylko, dla odmiany, potwory są dwa. Budzi i mutuje je eksplozja bomby wodorowej. Na przemian walczą ze sobą i sieją zniszczenie wśród japońskiej floty i miast.

   Najpierw chciałbym odnieść się do moich wrażeń wizualnych, obraz, oświetlenie i sposób kadrowania nasuwają skojarzenie z produkcjami przedwojennymi. Jest to przeciwieństwem do poprzednika, który moim zdaniem wniósł nieco świeżości, prezentując nam coś zgoła innego niż w latach 30'. Jest sporo scen zrealizowanych wśród scenografii w studio lub z użyciem reprojektora. Wygląda to tandetnie i chociaż nie odbiega od reguł stosowanych w tamtych latach, to widać że można to było zrobić w plenerze uzyskując większy realizm (spacer pilota wśród skał na wyspie i rozmowa bohaterów na dachu budynku).

   Dużym mankamentem zasługującym na osobne wyszczególnienie jest brak muzyki, która tak duże znaczenia miała w poprzednim filmie, tworząc atmosferę grozy lub potęgując dynamiczne działania czy to wojska czy potwora. W tym wypadku, gdzieś w połowie pojawia się pewna melodia, przetaczająca się później kilkakrotnie. Jest nawet niezła, ale to za mało.

   Od strony merytorycznej nastąpiła poprawa (o ile miałem wierne tłumaczenie). Tym razem wiek dinozaurów jest szacowany na kilkadziesiąt milionów lat, a nie jak ostatnio dwa (sic!). Sami prehistoryczni protoplaści potworów są zwierzętami wymyślonymi na potrzeby filmy, ale to akurat można zaakceptować, mamy w końcu do czynienia z science-fiction. Przy okazji warto zwrócić uwagę na miłą wzmiankę o polskim paleontologu, na którego powołuje się dr Yamane. Tylko jego nazwisko brzmi zupełnie fantastycznie i nie polsko (zapomniałem już jak), ale można przymknąć na to oko - liczy się gest.

   Tym razem w roli czołgów i pojazdów wojskowych wystąpiły modele, co jest w gruncie rzeczy miłą odmianą i pozwala się przygotować na następne filmy, kiedy to stanie się już normą. Jakość ich wykonania jak na połowę lat 50' jest moim zdaniem dobra i zadowalająca. Ogólnie militarnych gadżetów nie brakuje i jeśli ktoś to lubi to jest na czym zawiesić oko.

   No ale starczy pochwał. Twórcy pokusili się o zmianę wizerunku Godzilli, co nie wyszło mu na dobre - nowy kostium jest nieco wypłoszowaty. Pogarsza to jeszcze zastosowane mocniejsze oświetlenie, ukazujące więcej niedoróbek. Zęby wystające do przodu, to już zupełna żenada, wyglądają komicznie.


   Z efektami specjalnymi jest różnie. Tym razem pociski trafiają w potwory i eksplozje następują na nich (poprzednio wszystkie wyraźnie chybiały, a widz musiał przyjąć na wiarę, że trafiają). Wygląda to bardziej realistycznie i widać, że twórcy postarali się o zastosowanie pirotechnicznych bajerów. Z drugiej strony płomień Godzilli przyprawia o napad śmiechu. Tak jak poprzednio zastosowano wydmuchiwaną z paszczy parę wodną, tylko że tym razem wyraźnie widać rozchlapujące się po brzegach krople wody. W którymś ujęciu w czasie walki potworów, Godzilla zieje ogniem na Anguirusa, a wybucha widoczny w tle rozmazany budynek...

   Jeśli chodzi o grę aktorską i fabułę - totalna klapa. Postacie albo papierowe, albo niepasujące do rozgrywających się zdarzeń (o tym zaraz). Nudą wieje na kilometr. Nie ma żadnych tajemnic, które trzymały by w napięciu. Wątki dramatyczne przedstawiono w sposób zupełnie nie wywołujący żadnych emocji. Niby sporo się dzieje, ale jakoś się to dłuży.

   Niektóre sekwencje zdają się być przekombinowane i niepotrzebne. Tak jest z ucieczką więźniów, która doprowadza do pożaru magazynów paliwa i powrotu Godzilli do miasta. Moim zdaniem wystarczyło zaznaczyć, że wybuchł nagle pożar, bez podawania przyczyny i pokazywania całego zajścia. Wyszło to sztucznie.

   Walka potworów robi wrażenie, chociaż nie zawsze wygląda dobrze. Póki mamy plan średni oba potwory wypadają korzystnie, ale już przy półzbliżeniu i zbliżeniu robi się komicznie. Ja odniosłem wrażenie, że mamy do czynienia z dwoma zagryzającymi się pacynkami. Plan pełny również działa na niekorzyść monstrów, tym bardziej że poruszają się żwawo niczym koguty. Patrzy się na to z pobłażającym uśmiechem, przypominając sobie majestatycznie i powoli poruszającego się pierwszego Godzillę, przy którym czuło się emanującą siłę (był zresztą lepiej zbudowany, nie przypominając w niczym rozpłaszczonej jaszczurki).


   Walka istotnie bardziej przypomina pojedynek kogutów niż starcie potworów. Brakuje tej dramaturgii, którą odczuć będzie można parę lat później, w kolejnych walkach. Ze względu na kształty i postawę, rozumiem że ciężej było uzyskać płynne i naturalne ruchy postaci Anguirusa, to widać. Ujęcia w którym są same jego tylne łapy i ogon zadowalają, ale już obraz całości pozostawia wiele do życzenia. Warto jeszcze zwrócić uwagę na głos potwora, charakterystyczny, który towarzyszyć mu będzie jeszcze później, według mnie strzał w dziesiątkę.


   Skupiliśmy się na potworach, a przecież mamy tu jeszcze bardzo rozwinięty wątek głównych bohaterów, którymi są pracownicy firmy rybackiej. To osoby bardzo beztroskie, które w momencie gdy Godzilla niszczy miasto przejmują się jedynie tym bym nie stracić pracy i odbudować zniszczoną fabrykę. Nawet w obliczu kolejnego ataku zajmują się tymi sprawami, jakby nie licząc się z faktem, że zaraz potwór może zabrać ich życia lub też w każdej chwili zniszczyć to co odbudują.

   W filmie w ogóle brakuje tego antywojennego i przestrzegającego przed użyciem broni jądrowej wydźwięku, który był wszechobecny w poprzednim. Owszem pokazane są zniszczenia miasta, ale nie ma obrazu rannych i zabitych, tak żywo działającego na umysły widzów i przypominającego/nasuwającego skojarzenie z wojną. Mało tego, w którymś momencie wojskowi zastanawiają się nawet czy nie użyć przeciwko Godzilli... bomby wodorowej. Ręce opadają.

   Kiedy Godzilla znika w odmętach oceanu na jakiś czas, jego wątek idzie na boczny plan, a zaczyna się coś w stylu komedii romantycznej, albo obyczajówki. Nie ma to jakiegoś większego uzasadnienia. Nawet w obliczu zatonięcia statku i ponownego pojawienia się potwora, bohaterowie zdają się tym w ogóle nie przejmować, gadając wesoło o ślubie i głupotach.

   Potem robi się jeszcze śmieszniej, bo biorą się za szukanie potwora na własną rękę (przypominam, to pracownicy firmy rybackiej). Ich piloci sami ścigają bestię, podczas gdy armii nie widać. Kiedy w końcu nadlatują samoloty wojskowe, ci cywile zamiast usunąć się ze strefy walk, nadal latają w pobliżu i strugają bohaterów. Absurd totalny. Kończy się to oczywiście tragicznie, ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, bo przyczyniają się do zwycięstwa nad Godzillą.

   Żeby było śmieszniej na sam koniec Godzilla staje się dziwnie nieporadny, w dużej mierze ułatwiając wojsku wykonanie zadania (przy tym ich pierwotny plan był bezsensowny i dopiero przez przypadek trafili na właściwą metodę).

   Heh. Podsumowując, film pod wieloma względami bardzo przypomina mi produkcje przedwojenne. W gruncie rzeczy jest niezły i nie odbiega od poziomu klasycznych monster movies z lat pięćdziesiątych, ale w porównaniu z poprzednim, jest to krok w tył, który być może przyczynił się do kiczowatego i dziecinnego wizerunku Króla Potworów przez następne dwadzieścia lat. Na powrót mrocznego klimatu grozy z pierwszego Godzilli przyszło czekać jeszcze trzydzieści lat, do nowej serii.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza