piątek, 20 września 2013

Bestia z głębokości 20.000 sążni (The Beast From 20,000 Fathoms) 1953 reż. Eugène Lourié

   Czas na trochę urozmaicenia przed kolejnymi Godzillami :) W zasadzie powinienem zacząć od King Konga, który był pierwszym w dziejach filmem o wielkim potworze (dinozaurów nie liczę, bo to nie potwory, a smoki to nieco inna bajka, dosłownie), ale nie mogłem już się doczekać Bestii, więc wepchnąłem ją przed kolejkę.

   Fabuła jest prosta. Amerykanie przeprowadzają w Arktyce testy z bronią jądrową i wybudzają ze snu prehistorycznego dinozaura, który kieruje się na Nowy Jork by siać zniszczenie. Znacie? Znamy. Tyle że to był pierwszy raz kiedy wykorzystano ten pomysł.

   Większość scen kręcona w atelier w studio, zrozumiała sprawa ze względu na koszty i czas, ale przy tym nie wyglądają wcale tak źle. To pierwszy plus. Potwór ukazuje się stosunkowo szybko, bo po nie całych dziesięciu minutach. Jego pojawienie intryguje, ale nie zachwyca ze względu na sztuczność poruszania. Niestety animacja lalkowa nie była najlepszym, chociaż jedynym wtedy rozwiązaniem by pokazać potwora. Dopiero rok później Japończycy trafili w dziesiątkę, przebierając aktora w kostium monstrum, by uzyskać płynne ruchy i tego już się trzymali, podczas gdy Amerykanie, aż do epoki efektów komputerowych bawili się w animację lalkową.



   Jeśli już jesteśmy przy potworze, to twórcy pokazują go na początku zbyt często i to w całej okazałości. Nie potrafią budować i utrzymywać napięcia. W pewnym sensie nadrabiają to bohaterowie, zgrabnie prowadząc śledztwo i nie pozwalając widzowi się nudzić. Dialogi momentami są zbyt pompatyczne, a gra aktorska... jakby teatralna, chociaż zdaje sobie sprawę, że nie odbiega to zbytnio od standardów tamtych lat. Dopełnieniem całości jest klasyczne love story w dobrym, starym stylu. Tym razem mnie to nie irytuje, jakoś nie potrafiłbym sobie wyobrazić amerykańskiego filmu z lat 50' bez tego.

   Przyznam, że historia jest wciągająca. Technicznie film przypomina mi Godzilla kontratakuje, tyle że jest lepiej zrobiony. A braki które rzucają się w oczy, można wybaczyć biorąc pod uwagę wiek. Inna sprawa, że łatwo do tego przywyknąć, tak że po jakimś czasie przestaje drażnić.

   Odnoszę wrażenie, że amerykański Zilla był remakiem Bestii, a tytuł Godzilla użyto jedynie, by żerować na popularności japońskiego potwora, który przez lata wyrobił sobie markę. Trudno zliczyć podobieństwa, wymienię tylko kilka: zatopienia statku nocą, marynarz rozbitek w łóżku, wyjście potwora w porcie, zgniecenie samochodu, robienie charakterystycznych dziur w budynkach, znikanie w miejskim gąszczu, nocna zasadzka - te elementy są takie same. Oczywiście miejsce akcji jest dokładnie to samo - Nowy Jork, Manhattan.



   Chociaż historia przedstawiona jest na poważnie (tak jak pierwszy Godzilla), to wydźwięku moralizatorskiego brak. Potwora budzi eksplozja bomby atomowej - roztapia lodowiec i pozwala mu się wydostać. Widać jak na dłoni, że filmowcy nie chcieli przestrzec przed użyciem broni jądrowej i pokazać, że prowadzi ona tylko do złego. Wykorzystali ją jako "fajerwerk", efektowny sposób wybudzenia potwora. W przypadku pierwszego Godzilli, bomba również przyczyniła się do wybudzenia potwora, ale jednocześnie zmutowania go i zamienienia w niszczycielską bestię.

   Nie zdradzę końcówki, powiem tylko, że scena finałowa jest genialna, wręcz rzuca na kolana.

   Podsumowując. Jak na pierwszy powojenny film o wielkim potworze i biorąc pod uwagę, że to 53' rok, mimo paru niedoróbek, robi niesamowite wrażenie. Podobnie jak Japończycy, Amerykanie też mieli świetny, powojenny start. I niestety również, zaraz potem wszystko schrzanili... O tym jeszcze napiszę, bądźcie ze mną ;)




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza