Dzisiaj taka ciekawostka, którą zapodał mi ojciec. Mało o tym filmie informacji, ale ogólnie rzecz biorąc to takie fantasy z samurajami i baśniowymi potworami. Film wyprodukowała wytwórnia Toei, ale polecam odpalić poniższy link i uważnie się wsłuchać, może coś wyda Wam się znajome :D
Magic Serpent - 1966
A to Ci ciekawostka, nie? :D
poniedziałek, 27 kwietnia 2015
piątek, 6 marca 2015
King Kong (1976) reż. John Guillermin
Ciężko mi oceniać ten film. To bezsprzecznie wspaniałe widowisko, niestety niepozbawione licznych mankamentów.
Miłym akcentem jest zastosowanie przez twórców kostiumu (ha! oto przykład na wyższość Japończyków nad Amerykanami), który wyszedł nawet nienajgorzej. Co ciekawe początkowo skonstruowano wielką maszynę-potwora, która miała zagrać w filmie, ale z czasem zdecydowano się na kostium. Gigant mimo to na chwilę się pojawia, a prócz niego wykorzystywano jeszcze wielkie łapy do zbliżeń.
Budżet King Konga wyniósł 24 mln $, to aż o 13 mln więcej od Gwiezdnych wojen, które nakręcono rok później. I to tutaj widać: rzesze statystów, piękne zdjecia w rewelacyjnych sceneriach (jak nie dzika wyspa to WTC), a do tego efekty specjalne (jakie by nie były to jednak kosztowały).
Sama historia niewiele się różni od oryginału z 1933 roku. Ot miła, odświeżona wersja, którą dobrze się ogląda. I nawet fajnie popatrzeć na młodego Jeffa Bridgesa, bo to on grał tu jedną z głównych ról, o czym już mało kto pamięta. A jaka z Jessiki Lange była szprycha, fiu, fiu :)
Swoją drogą, jak przy dziewczynie jesteśmy, raziło mnie w tym filmie, że małpiszon był na nią tak napalony. Fajny myk z wielkim gorylem zakochanym w blondynce, ale momentami zastanawiałem się, kiedy potwór zacznie się masturbować. No przesadzili.
Starczy mojego bełkotu, bo nie ma o czym gadać, a trzeba oglądać :)
Miłym akcentem jest zastosowanie przez twórców kostiumu (ha! oto przykład na wyższość Japończyków nad Amerykanami), który wyszedł nawet nienajgorzej. Co ciekawe początkowo skonstruowano wielką maszynę-potwora, która miała zagrać w filmie, ale z czasem zdecydowano się na kostium. Gigant mimo to na chwilę się pojawia, a prócz niego wykorzystywano jeszcze wielkie łapy do zbliżeń.
Swoją drogą, jak przy dziewczynie jesteśmy, raziło mnie w tym filmie, że małpiszon był na nią tak napalony. Fajny myk z wielkim gorylem zakochanym w blondynce, ale momentami zastanawiałem się, kiedy potwór zacznie się masturbować. No przesadzili.
Starczy mojego bełkotu, bo nie ma o czym gadać, a trzeba oglądać :)
Etykiety:
1976,
film amerykański,
jeff bridges,
jessica lange,
John Guillermin,
king kong,
nowy jork,
recenzja,
sci-fi,
wielka małpa,
wielki potwór,
WTC
czwartek, 5 marca 2015
Gorath (1962) reż. Ishiro Honda
Matango było super, więc za dobrze bym miał gdybym trafił na kolejną perełkę. O nie, takim szczęściarzem to ja nie jestem :/
Do Ziemi zbliża się mała, lecz pieruńsko ciężka gwiazda Gorath (z astronomicznego punktu widzenia ten film to jakiś bełkot, więc nawet nie będę wytykał wszystkiego). Narody świata jednoczą swe siły, by zapobiec zagładzie. W tym celu instalują na Antarktydzie silniki odrzutowe o napędzie atomowym, by przesunąć Ziemi z jej orbity, celem usunięcia się z drogi nadlatującej gwieździe. Tymczasem w kosmosie dzielni astronauci z bliska badają zagrożenie.
Taaa... to jakiś pieprzony Armageddon, tyle że odarty z sensu, dramaturgii, efektów specjalnych i gry aktorskiej. Co pozostaje? Ano pozostaje oglądać to co opisałem powyżej, tyle że bez jakichkolwiek emocji. Na przemian fruwają po kosmosie i budują dopalacze w dupie Matki Ziemi.
Twórcy niesamowicie skutecznie uczynili fabułę nudną jak flaki z olejem, podczas gdy surowy pomysł choć kretyński miał w sobie jakiś potencjał. Jak na złość nie zabrakło im inwencji twórczej przy spieprzeniu tego przecież i tak już słabego próchna. Mamy więc żenujące akcje przezabawnych w swoim mniemaniu żołdaków, wątek miłosny odarty z uczuć i parę koszmarnych scenografii efektów specjalnych.
No właśnie jesli na chwilę zatrzymamy się przy tym ostatnim, to muszę powiedzieć, że makiety i modele przez większość czasu są naprawdę spoko jak na początek lat 60'. Niestety pojawia się parę zgrzytów z potworem - wielkim morsem na końcu. Jest on tak do dupy zrobiony (a przy okazji jego wątek jest z dupy, bo jakby upchnięty tylko po to, by pokazać jakiegoś potwora), że aż plomby z zębów wyskakują.
Co ciekawe akcja filmu rozgrywa się w przyszłości, bo w roku 198-którymś. Ludzkość lata już w kosmos i dysponuje przekozacką technologią. W sumie fajny myk, Toho prócz Goratha osadziło akcję swojego filmu w przyszłości chyba tylko w Zniszczyć wszystkie potwory, a był tam bodajże rok 1999.
Nie polecam, a wręcz odradzam. Rzekłem.
![]() |
| Co ja paczę? |
Twórcy niesamowicie skutecznie uczynili fabułę nudną jak flaki z olejem, podczas gdy surowy pomysł choć kretyński miał w sobie jakiś potencjał. Jak na złość nie zabrakło im inwencji twórczej przy spieprzeniu tego przecież i tak już słabego próchna. Mamy więc żenujące akcje przezabawnych w swoim mniemaniu żołdaków, wątek miłosny odarty z uczuć i parę koszmarnych scenografii efektów specjalnych.
No właśnie jesli na chwilę zatrzymamy się przy tym ostatnim, to muszę powiedzieć, że makiety i modele przez większość czasu są naprawdę spoko jak na początek lat 60'. Niestety pojawia się parę zgrzytów z potworem - wielkim morsem na końcu. Jest on tak do dupy zrobiony (a przy okazji jego wątek jest z dupy, bo jakby upchnięty tylko po to, by pokazać jakiegoś potwora), że aż plomby z zębów wyskakują.
Co ciekawe akcja filmu rozgrywa się w przyszłości, bo w roku 198-którymś. Ludzkość lata już w kosmos i dysponuje przekozacką technologią. W sumie fajny myk, Toho prócz Goratha osadziło akcję swojego filmu w przyszłości chyba tylko w Zniszczyć wszystkie potwory, a był tam bodajże rok 1999.
Nie polecam, a wręcz odradzam. Rzekłem.
poniedziałek, 2 marca 2015
Atak ludzi grzybów (Matango) 1963 reż. Ishiro Honda
Grupa młodych ludzi wybiera się na wycieczkę, przytrafia im się wypadek, odcięci od cywilizacji na jakimś zadupiu organizują się by zdobyć pożywienie i przeżyć. W tym momencie kończy się survival i zaczyna walka o przeżycie, bo nie są sami.
Brzmi znajomo? Pewnie że tak, to przecież schemat nie jednego współczesnego horroru. Tym bardziej chylę czoła przed Japończykami, bo już na początku lat 60 z powodzeniem udało im się zastosować taki szablon w swoim Matango.
W końcu udało mi się go zobaczyć, bo musze wspomnieć, że to film dla mnie w pewien sposób rekordowy - podchodziłem do niego około dziesieciu razy i nigdy nie udało mi się dojść dalej niż do pierwszego kwadransa. Nie dlatego, że mi się nie podobał, czy coś, nie, nie. Przyczyny były rozmaite i nie związane z filmem. I tak przerywałem oglądanie, by podjąć je na nowo za kilka dni lub tygodni.
W każdym razie wreszcie mi się udało!
Sam ogólny koncept jest dość naiwny i trąci już myszką, ale z perspetywy ponad półwiecza rozgrzeszam. Cóż to by był za film sci-fi w tamtych latach, jakby gdzieś nie przewinęło się promieniowanie radioaktywne. Także mamy grupę znajomych, którzy wybrali się na rejs jachtem, przez nieostrożność wpieprzyli się w sztorm i po wielu dniach dryfowanie na zmasakrowanej łajbie dotarli na tajemniczą wyspę. Cóż ciekawego znaleźli na wyspie? Ano, dużo dziwnych grzybów i wrak tajemniczego okrętu badawczego nieznanego pochodzenia.
Dużym plusem Matango jest nie tylko skupienie sie na fantastycznych dziwolągach będących motywem przewodnim filmu, ale i na sytuacji samych bohaterów. Ciągle się kłócą, nie mogą dojść do porozumienia, a tylko wspólnie są w stanie przeżyć. Podkradają sobie jedzenie, ba! nawet dają upust zdziczałym instynktom próbując zgwałcić będące z nimi kobiety. Jak dla mnie rewelacja, zamiast sielankowej wizji dream teamu walczącego z potworami, mamy tu bandę egoitów myślących tylko o sobie i nie potrafiących się zorganizować.
Kolejny plus za sam klimat, bo oto tajemnicza wyspa, zagadkowy wrak okrętu, dziwna formy życia, w ogóle jedna wielka niewiadoma, a wszystko to w oparach mgły. Scenografie i charkateryzacje może straciły już troche na świeżości, ale mimo wszystko oddziałują trochę na wyobraźnię.
Film oceniam na piątkę (szczególnie za końcówkę), a nie jestem pewien, czy w latach 60' nie dałbym mu szóstki, bo to kawał dobrego kina sci-fi.
Brzmi znajomo? Pewnie że tak, to przecież schemat nie jednego współczesnego horroru. Tym bardziej chylę czoła przed Japończykami, bo już na początku lat 60 z powodzeniem udało im się zastosować taki szablon w swoim Matango.
W końcu udało mi się go zobaczyć, bo musze wspomnieć, że to film dla mnie w pewien sposób rekordowy - podchodziłem do niego około dziesieciu razy i nigdy nie udało mi się dojść dalej niż do pierwszego kwadransa. Nie dlatego, że mi się nie podobał, czy coś, nie, nie. Przyczyny były rozmaite i nie związane z filmem. I tak przerywałem oglądanie, by podjąć je na nowo za kilka dni lub tygodni.
W każdym razie wreszcie mi się udało!
Sam ogólny koncept jest dość naiwny i trąci już myszką, ale z perspetywy ponad półwiecza rozgrzeszam. Cóż to by był za film sci-fi w tamtych latach, jakby gdzieś nie przewinęło się promieniowanie radioaktywne. Także mamy grupę znajomych, którzy wybrali się na rejs jachtem, przez nieostrożność wpieprzyli się w sztorm i po wielu dniach dryfowanie na zmasakrowanej łajbie dotarli na tajemniczą wyspę. Cóż ciekawego znaleźli na wyspie? Ano, dużo dziwnych grzybów i wrak tajemniczego okrętu badawczego nieznanego pochodzenia.
Dużym plusem Matango jest nie tylko skupienie sie na fantastycznych dziwolągach będących motywem przewodnim filmu, ale i na sytuacji samych bohaterów. Ciągle się kłócą, nie mogą dojść do porozumienia, a tylko wspólnie są w stanie przeżyć. Podkradają sobie jedzenie, ba! nawet dają upust zdziczałym instynktom próbując zgwałcić będące z nimi kobiety. Jak dla mnie rewelacja, zamiast sielankowej wizji dream teamu walczącego z potworami, mamy tu bandę egoitów myślących tylko o sobie i nie potrafiących się zorganizować.
Kolejny plus za sam klimat, bo oto tajemnicza wyspa, zagadkowy wrak okrętu, dziwna formy życia, w ogóle jedna wielka niewiadoma, a wszystko to w oparach mgły. Scenografie i charkateryzacje może straciły już troche na świeżości, ale mimo wszystko oddziałują trochę na wyobraźnię.
Film oceniam na piątkę (szczególnie za końcówkę), a nie jestem pewien, czy w latach 60' nie dałbym mu szóstki, bo to kawał dobrego kina sci-fi.
Etykiety:
1963,
atak ludzi grzybów,
grzyby,
ishiro honda,
jacht,
kumi mizuno,
matango,
promieniowanie radioaktywne,
recenzja,
rozbitkowie,
sci-fi,
tajemnicza wyspa
sobota, 21 lutego 2015
Gamera Superpotwór (Uchu kaijû Gamera) 1980 reż. Noriaki Yuasa
Dzisiaj wpis nietypowy, bo będzie mało słów, a sporo zdjęć. W końcu niech sztuka broni się sama! :D
Efekty specjalne to najmocniejszy punkt Gamery Superpotwora, dawno już się tak nie śmiałem. Ja wiem, że w tego rodzaju produkcjach, szczególnie dla dzieci, to sprawa umowna, ale kuźwa...
![]() |
| Przygotowanie do wejścia w nadprzestrzeń... |
![]() |
| Panel sterowania. |
![]() | ||
Transformacja :o
|
![]() |
| Zapomniały ubrać majtek :D |
![]() |
| Statek najeźdźców szwendający się po orbicie Ziemi. |
![]() |
| Ziemia jest w niebezpieczeństwie! I co my zrobimy?! Wiem! Zaśpiewajmy hymn Gamery! :D |
No ale dajmy już spokój tym ułomom i skupmy się na tych, którzy faktycznie coś robią. Po pierwsze wojsko. Niestety jest ono masakrowane przez potwory. Przy czym muszę zaznaczyć, że masakrowane w bardzo kiczowaty sposób:
![]() |
| Seksowne japońskie panienki, zrzucajcie kimona, bo oto nadlatuje bohater! |
![]() |
| Gaos! |
![]() |
| Zigra! |
![]() |
| Mój ulubieniec Viras (tak, ten wbity czubkiem łba w bebechy Gamery). |
![]() |
| Jiger! |
![]() |
| Guiron! |
![]() |
| Barugon! (Brzmi podobnie jak Baragon, przypadek? nie sondze...) |
Co do Godzilli, to twórcy Gamery postanowili dać wytwórni Toho symboliczny prztyczek w nos sceną, w której Gamera niszcząc miasto (bo kosmici akurat przejęli nad nim kontrolę, przez co raz jedyny kosmitki muszą faktycznie zadziałać i jest to wyjątkowo dramatyczna i elektryzująca akcja, taaaa...) przewraca baner reklamujący film z Godzillą:
Jeszcze na koniec dodam, że przez chwilę odniosłem wrażenie jakby cała ta popaprana akcja była w rzeczywistości jedną wielką fantazją chłopca, ale przeczy temu końcówka, w której jedna z kosmitek znajduje się w domu chłopca i nawiązuje kontakt z jego matką, czyli całość jest realna. A ta matka to też niezła, bo podczas gdy potwory niszczyły świat, a jej syn brał udział w jakiś dziwacznych przygodach, ona jak gdyby nigdy nic prowadziła dom. Taka słodka beztroska i niewiedza jak u rodziców Dextera w Laboratorium Dextera (jeśli ktoś jeszcze pamięta tę kreskówkę), ale takie porównanie zbytniego splendoru raczej nie daje.
Jako ciekawostka na koniec, turecki plakat. "Godzilla" w tytule, Król Ghidorah, Anguirus, Mothra (chyba larwę widzę), Baragon i Gorozaur (pokraczny, bo pokraczny, ale to chyba on) na obrazku i dawaj! Heh, te plakaty chyba nigdy nie przestaną mnie zaskakiwać.
niedziela, 1 lutego 2015
Geharha: The Dark and Long-Haired Monster (2009)
To nie była miłość od pierwszego wejrzenia ;) Z początku trudno mi się było odnieść do tego filmu. Ot taki knot, może nie na skalę Reigo, ale jednak. Humor niskich lotów, technicznie też słabiutko, no koszmar. Ale...
Właśnie, w przeciwieństwie do Reigo, gdzie twórcy dali z siebie wszystko, a wyszła kupa, tutaj ewidentnie ktoś dobrze się bawił i cała ta kiczowata otoczka to zamierzony efekt. Tylko czemu? Gdzie tu klucz do wyjaśnienia zagadki?
Ano, Geharha to po prostu krótkometrażowa parodia Godzilli :) Pełno tu jasnych odniesień: podobne, wręcz skopiowane kadry, sprzęt bojowy wzorowany na oryginalnych konceptach Toho, znane widoczki, kopia UFO żywcem wzięta z Inwazji Potworów i na koniec eko morał jak w serii Heisei :D A całość okraszona muzyką Ifukubę, prawdziwą muzyką Ifukube, nie jakimiś podróbkami.
Tym samym otrzymujemy kiczowatą parodię Godzilli, warsztatowo niestety niewielkiej wartości (braki techniczne próbowali maskować choćby kamerą z ręki, co wyszło nawet nieźle), ale dla fanów Godzilli to prawdziwe cacuszko. Polecam i niech każdy sam wyłapuje ukryte smaczki :)
Tutaj cały film:
A tutaj słów kilka o Geharce, jeśli ktoś woli zapoznać się z nią w formie video:
Tym samym otrzymujemy kiczowatą parodię Godzilli, warsztatowo niestety niewielkiej wartości (braki techniczne próbowali maskować choćby kamerą z ręki, co wyszło nawet nieźle), ale dla fanów Godzilli to prawdziwe cacuszko. Polecam i niech każdy sam wyłapuje ukryte smaczki :)
Tutaj cały film:
A tutaj słów kilka o Geharce, jeśli ktoś woli zapoznać się z nią w formie video:
czwartek, 29 stycznia 2015
Reigo: The Deep-Sea Monster vs. the Battleship Yamato (2005) reż. Shinpei Hayashiya
Nikt mnie nie zmuszał, wiedziałem na co się piszę, a jednak zrobiłem to. No cóż, pamiętajcie że jestem totalnie poważnym badaczem ;) Proszę Państwa przed Wami Reigo, protoplasta Raigo :o
Tak, tak, wiem, oglądam od dupy strony, ale jakoś tak wyszło. Rozpisywać się nie będę, bo tym razem nie miałem nawet angielskich napisów, więc oglądałem zupełnie bez zrozumienia. To też sprawiło, że w dużej mierze przewijałem, by ominąć gadane sceny, co akurat mogło wyjść ocenie filmu tylko na dobre...
Od czego by tu zacząć... Film jest starszy od poprzednio recenzowanego, bo z 2005 roku, a tym samym efekty są gorsze i jest ich mniej. To nawet nie niskobudżetowe kino niezależne, to jakiś amatorski knot. Potwór jest jednym wielkim pikselem, okręty widzimy w postaci tandetnych grafik z taniej gry komputerowej. No szkoda gadać.
Nie polecam, dziękuję, dobranoc ;)
Chociaż plakat ładny:
Subskrybuj:
Posty (Atom)














































